Rozdział III „Powrót do świata żywych.”

sobota, 21.listopada.2009, 23:30


-Hermiona? Hermiona słyszysz mnie?- ciepły, zniekształcony głos dochodził do niej z opóźnieniem, jakby wydobywał się z pod powierzchni wody. Patrzyła tępo przed siebie próbując opanować nierówny, wywołujący ból w klatce piersiowej oddech.
-Hermiona!- krzyknął zniecierpliwiony a zarazem zaniepokojony głos.
Zdezorientowana dziewczyna obróciła powoli głowę natykając na parę szmaragdowozielonych oczu.
-Harry- szepnęła ochryple marszcząc się z bólu.
W pokoju zapanowała ulga. Czuła ją wyraźnie, napięcie prysnęło niczym bańka mydlana.
-Ale nas wystraszyłaś- szepnął chłopak.
- O mało pikawa mi nie stanęła- dodał ktoś z drugiej strony łóżka.
Hermiona spojrzała w bok.
-Ron- uśmiechnęła się słabo, choć jej oczy błądziły niespokojnie- Gdzie.. gdzie ja jestem- wysiliła się.
-W skrzydle szpitalnym- Luna stanęła obok Harr’ego- miałaś wypadek.
-A... a gdzie...niebo?
Ron parsknął śmiechem.
-Nie tak prędko koleżanko, jeszcze nas nie opuszczasz.
Potter usiadł na skraju łóżka ujmując jej dłoń.
-Martwiliśmy się o Ciebie- uśmiechnął się.
Dziewczyna odwzajemniła gest, pomału zaczynała dochodzić do siebie.
-Ale.. ale miałam.. dziwny..y...sen..
-Ciii- chłopak przyłożył palec do ust- spokojnie, jesteś słaba, wszystko Cię boli, odpoczywaj. Będziemy mieli jeszcze mnóstwo czasu na rozmowy- pogłaskał ją po czole.
Kiwnęła nie znacznie głową krzywiąc się.
-A nie mówiłem- odparł tonem matki besztającej dziecko- leż spokojnie.
-Najlepiej się nie ruszaj- dodał Ron- i nie oddychaj to nie będzie boleć.
Luna spojrzała na niego karcąco szturchając go z łokcia.
-No co?- nastroszył się.
Hermiona spojrzała na niego z radością, cieszyła się, że znów jest wśród przyjaciół.
-Co tu się dzieje?!- Pani Pomfrey podbiegła do młodych czarodziei odganiając ich na wszystkie strony- chora musi mieś spokój! Już was tu nie ma!
Odpowiedziały jej jęki sprzeciwu.
-NO JUŻ!- Warknęła. Gryfoni wymieniwszy kilka porozumiewawczych spojrzeń stwierdzili, iż lepiej się nie stawiać. Harry nachylił się nad przyjaciółką i cmoknął ją w czoło.
-Wrócimy później- zapewnił, po czym wstał i wraz z resztą spokojnie się oddalił.
Dumna z siebie Pomfrey napuszyła się jak paw a jej usta spowił tryumfalny uśmieszek.
-Jak się czujesz?- spytała z nadmierną życzliwością zwracając się ku Hermionie.


*** *** ***



Po silnych lekach i długiej drzemce Hermiona poczuła się znacznie lepiej. Ból w klatce piersiowej i kończynach zelżał a nawet oddychanie stało się na powrót przyjemne.
Dochodziła 18.00 kiedy przebudziła się słysząc szmer głosów. Westchnęła przecierając zamglone oczy. W sali panował półmrok. Jedynym źródłem światła była pochodnia oświetlająca korytarz, skąd przez uchylone drzwi wpadały znikome promyki.
Za oknem nastał już zmrok, okrywając niebo płaszczem gwiazd.
Dziewczyna z lekkim wysiłkiem dźwignęła się na łokcie i rozejrzała.
W skrzydle oprócz niej leżało jeszcze kilku innych uczniów. Wydało się jej, iż jest ich za mało jak na taką katastrofę.
Kiedy miała już z powrotem się położyć usłyszała cichy szept dochodzący z równoległego łóżka.
-Udało Ci się.
Prędko skierowała tam wzrok mrużąc oczy by dostrzec coś pomiędzy ciemnością.
To, co ujrzała zmroziło ją by po chwili zaskoczyć i ucieszyć.
-Laney?
-Poznałaś mnie- odparła szatynka- więc te niebo to nie sen czy urojenia psychicznie chorej nastolatki... a już myślałam, że jestem szalona.
-Też to pamiętasz?- Hermiona ożywiła się gwałtownie podrywając do pozycji siedzącej. Dopiero ten nagły akt przypomniał jej o bólu. Mimowolnie syknęła.
-Spokojnie- Laney również usiadła tyle, że wolniej i z rozwagą- jeszcze sobie krzywdę zrobisz i moje poświęcenie szlak trafi.
-Racja- przyznała pocierając klatkę- jeszcze raz dziękuję.
-Nie ma, za co- mruknęła szatynka poprawiając poduszkę.
Przez dłuższą chwilę siedziały w milczeniu rozglądając się bez większego zainteresowania po Sali szpitalnej i zerkając od czasu do czasu na siebie. Hermiona kilka razy otwierała usta chcąc rozpocząć rozmowę jednak zamykała je nim zdążyła wypowiedzieć słowo. Nie miała pojęcia, co powiedzieć.
-Co cię gryzie?- Laney westchnęła wreszcie- widzę, że coś chcesz.
-Zastanawiałam się... zastanawiałam się dlaczego mnie uratowałaś? Wtedy w pociągu i potem zasłoniłaś, kiedy spadały na nas drzwi...
-Taki odruch- weszła jej w słowo wzruszając ramionami.
-Nie jesteś zbyt rozmowna- stwierdziła brunetka.
-Taka natura.
Hermiona kiwnęła głową, po czym ponownie się położyła. Żałowała, ze nie widzi wyrazu twarzy swej rozmówczyni.
- Jestem zmęczona, chyba się prześpię- odparła zamykając oczy. W rzeczywistości nie chciała ciągnąć tej dziwnej rozmowy.
-Ok.
Ponownie zapanowała cisza, przerywana jedynie oddechami uczniów. Hermiona była pewna, iż nowa koleżanka nie powiedziała jej prawdy. Oczywiście nie zaprzeczała jej dobrym intencjom, jednak jej zachowanie i taka obojętność wobec własnego życia wydawały się jej dziwne. Bądź, co bądź Laney Gallahan nie wyglądała na samobójczynię. Nie zachowywała się również jak obłąkana, nadmierną skromnością też nie grzeszyła.
Pochłonięta przemyśleniami nie zauważyła jak Pani Pomfrey wchodzi do sali ciągnąc duży żelazny wózek. Kobieta machnęła raz różdżką oświetlając skrzydło. Wszyscy poszkodowani jęknęli.
-Cisza!- zawołała- czas na kolację i leki! Wstawać!
Hermiona usiadła delikatnie przyzwyczajając oczy do światła.
Dopiero teraz mogła zobaczyć twarze pozostałych uczniów. Praktycznie wszystkich znała z widzenia.
-Proszę- Pielęgniarka położyła na jej stoliku nocnym miskę z jedzeniem.
Dziewczyna nachyliła się i prawie natychmiast zasłoniła usta powstrzymując odruch wymiotny.
-Co to?
-Paćka- odparł leżący obok niej młody Krukon wkładając do miski łyżkę i unosząc trochę kleistej mazi- nie radzę próbować.
-Skąd wiesz? Jadłeś już to?
-Niestety tak i to nie raz- przyznał zawstydzony, czochrając ręką bursztynowe włosy- jestem tu częstym bywalcem.
Hermiona uśmiechnęła się.
-W takim razie wierzę.
Chłopak odwzajemnił gest.
-Jestem Jackson Brackett.
-Hermiona Granger.
-Wiem...- Zarumienił się.
-Tak? Skąd?
-W Hogwarcie chyba wszyscy Cię znają- odparł- jesteś najlepszą przyjaciółką Harr’ego Pottera, jesteście...
Rozmowę przerwał im zduszony kaszel z równoległego łóżka. Gdy nań spojrzeli Laney z twarzą przyciśniętą do poduszki próbowała go uspokoić. Na pościeli leżała przewrócona miska z papką.
-Dobrze się czujesz?- Hermiona zaniepokoiła się. Wyglądało na to, że dziewczyna zakrztusiła się kolacją.
Laney kiwnęła głową nie zmieniając pozycji.
-Mówiłem, że lepiej tego nie jeść- skwitował Jackson.
Po chwili szatynka podniosła głowę. Była cała czerwona i widocznie podenerwowana.
Nic dziwnego-pomyślała Granger- prawie się udusiła...
-Wracając do rozmowy..- wtrącił Brackett. Hermiona spojrzała nie niego.- chciałem powiedzieć, że jesteście zawsze tam gdzie się coś dzieje, zawsze o was głośno.
-No tak- odparła.
-Podziwiam Cię.
-Mnie? Dlaczego?- spytała zaskoczona.
-Jesteś taka odważna...
Mimowolnie oblał ją rumieniec, czuła jak zaczynają piec ją policzki. Zawstydzona szybko spuściła głowę.
-Dziękuję- mruknęła.
-Wiesz...
-Oj stary!- jęknęła Laney łapiąc się za głowę- przestań już smęcić! Zaraz mi głowa pęknie! Takiego pantoflarza żadna nie zechce.
Hermiona zaśmiała się cichutko pod nosem, natomiast Jackson poczerwieniał ze złości. Miał ochotę się na nią rzucić albo, chociaż obrazić, jednak tak mu dogadała, że aż brakło mu słów.
Fuknął tylko i odwrócił się kładąc.
Brunetka rzuciła Gallahan spojrzenie pełne wdzięczności. Ta kiwnęła tylko głową, po czym zaczęła sprzątać swoją pościel z kleiku.



*** *** ***


Następnego ranka obudził ją słodki zapach bzu. Mruknęła z zadowoleniem przeciągając się delikatnie. Powoli otworzyła oczy poczym uśmiechnęła się szeroko.
-Cześć- mruknęła.
-Dzień Dobry- odparł zadowolony Harry- wyspałaś się?
-O tak...
-Wyglądasz znacznie lepiej- przyznał.
-I tak się czuję. Gdzie Ron? Luna? Przyjdą?
-Tak, ale później. Luna ma już lekcje a Ron poszedł po jedzenie dla Ciebie. W szpitalu kiepsko karmią- zaśmiał się łobuzersko.
-Doprawdy śmieszne- pokazała mu język. Oboje wybuchnęli śmiechem.
-Dobrze, że do nas wróciłaś, tęskniliśmy za Tobą.
-Ja też się cieszę.
Po chwili do skrzydła wbiegł Ron z małą paczką pod pachą. Zdyszany zatrzymał się przy Harrym dysząc głęboko.
-Proszę- sapnął podając ją Hermionie.
Dziewczyna otworzyła ją szybko wyjmując kawałek ciasta dyniowego i od razu biorąc duży kęs. Szybko go połknęła poczym ponownie zatopiła w nim zęby.
-Ale byłam głodna- powiedziała z pełną buzią.
Harry zachichotał podając jej szklankę wody. Ron usiadł po drugiej stronie łóżka.
Gdy dziewczyna skonsumowała 2 kolejne kawałki zaczęła rozmowę.
-Długo spałam?
-Kilka dni- odparł Potter
-Co się w ogóle stało? Dlaczego nas zaatakowano?
-Nie wiadomo. Dumbledore powiedział, że zrobili to bez powodu. Chcieli nas nastraszyć a przy okazji zabić kilka...
-Szlam- dokończyła za niego..
-Kilku mugolskich czarodziei- poprawił ją. Hermiona ciągnęła przesłuchanie.
-Co się działo z wami? Kiedy poszliście do drugiego wagonu?
-Znaleźliśmy się wśród ślizgonów- odparł z niesmakiem Ron-wpadliśmy na Snape’a.
-Nie pozwolił nam iść dalej- wtrącił Harry- zaraz potem pojawili się śmierciożercy. Snape powalił dwóch a potem kazał nam się ewakuować z pociągu. Chciałem po Ciebie wrócić, ale nam nie pozwolił.
-Żebyś to widziała Hermionko- zaśmiał się Weasley- prawie się pobili. Wtedy wybuchł pociąg.
Harry poczuł jak narasta w nim irytacja.
-To wcale nie było śmieszne Ron- podniósł ostro głos.
-Wiem- przyznał rudzielec- ale wszystko dobrze się skończyło więc o co płakać? Prawda Hermionko?- pochylił się i położył głowę obok dziewczyny.
Potter spojrzał na niego spode łba. Zachowanie przyjaciela nie przypadło mu do gustu.
Granger wyczuła narastające napięcie postanowiła, więc jak najszybciej zmienić temat.
Rozejrzała się szybko szukając jakiegoś pretekstu.
-To jest Laney Gallahan- wskazała na szatynkę, która na dźwięk swojego nazwiska odwróciła się gwałtownie- To ona mnie uratowała. Najpierw wyciągnęła mnie z pociągu a potem zasłoniła.
Chłopcy spojrzeli w jej stronę. Pierwszy podniósł się Harry.
-Jesteśmy Ci bardzo wdzięczni-powiedział wyciągając ku niej dłoń- Jestem Harry Potter.
Laney oplotła go ostrożnym spojrzeniem, nie odpowiedziała ani nie uścisnęła ręki.
Nieco zdziwiony chłopak cofnął dłoń.
-A to Ronald Weasley. Jesteśmy przyjaciółmi Hermiony- dodał.
-Miło mi-rzuciła przyglądając mu się uważnie.
-Jesteś nowa?- wtrącił nagle Ron- nie widziałem Cię tu wcześniej.
-Tak- odparła- przeprowadziłam się do Londynu po Świętach.
-Dlaczego?
-Osobiste powody- ucięła.
-Wiesz już, do jakiego domu będziesz przydzielona?- spytała Hermiona.
-Do Slytherinu oczywiście- odparła- nie ma innej opcji.
Przyjaciele wybałuszyli na nią oczy.
-Skąd ta pewność?- Harry również począł uważniej się jej przyglądać.
Dziewczyna zaczynała go intrygować.
-To rodzinne.
-Twoi rodzice byli w Slytherinie?- Weasley zmarszczył nos w akcie obrzydzenia.
-Owszem i skończmy wreszcie tę durną rozmowę. Czy to jakieś przesłuchanie?- warknęła.
Cała trójka spojrzała po sobie. Ta dziewczyna naprawdę była dziwna...


c.d.n.







Ambar
Nastrój:
Kategoria: brak kategorii
tagi:



Licznik
Ich historię czytało już wielkich Czarodziei i zwykłych Mugoli

Ja

Dodaj do ulubionych

O mojej osobie

Magiczna Księga
Zobacz
Wpisz się

Ich Historia
2009
sierpien (2)
wrzesień (1)
listopad (1)

Przyjaciele, Sprzymierzeńcy i Zakon Feniksa
Holly VainDramione Fanfiction

Upiór Z Opery
Zło Niewrodzone


LINKI.

Mój Profil

Podlinkuj

brak kategorii (4)
wszystkie (4)




POWIADAMIANI

Upiór Z Opery
Dark Passion
Acia96
Czarny Pan




Szablon
Szablon wykonała Gabrielle